Warszawa — Berlin

Nie jest łatwo trafić do Berlina. Z tego samego miejsca i prawie o tej samej godzinie ruszają busy z Warszawy via Poznań do Berlina – i odwrotnie. Przekonałem sie o tym dopiero, gdy mój bagaż już był w luku, a mnie nie było na liście rezerwacji. 🙂 Na szczęście  właściwy autobus właśnie zajeżdżał.

Szengen nie szengen, ale po przejechaniu Odry widać różnicę. Potężne pieniądze władowano w krajobraz – kilometry elektrycznego pastucha oddzielającego las od drogi; opuszczona, ale zadbana stacja benzynowa; pieczołowicie utrzymane “naturalne” koryto rzeki. Wszystko to robi wrażenie schludnego, zadbanego obejścia. Miliardy, które BundesRepublika zarabia na pożyczaniu kasy innym (w tym Grecji) są wydawane bardzo gospodarnie.

Dworzec autobusowy w Berlinie – jak każdy w wielkim mieście – jest tak o pół klasy mniej schludny niż otoczenie. Ale za to widać ciekawe typy ludzkie. Któregoś dnia wrócę tu po nowe historie – i Wam opowiem. 🙂

Cywilizacja opiekuńca zaczyna sie tuż przy stacji metra. Śliczny radiowóz  i spora nalepka “Teren monitorowany dla Twojego bezpieczeństwa” skłoniły mnie nawet do wysupłania 2,40 na bilet. Razem z euro wydanym na WC i internet, znacznie nadżarło to moje fundusze – mam nadzieję, że w najbliższych dniach uda się je uzupełnić.

Lubię metro berlińskie, zwłaszcza, gdy jedzie po powierzchni. Miasto ma swój industrialny urok i po drodze widziałem parę budynków, dla których warto by poświęcić czas i porządnie je sportretować. Może, kiedyś…

Wysiadłem z metra, wyszedłem na ulice i szok. Po miesiącach mieszkania na głuchej wsi, czułem się, jakbym wszedł w film SF – Blade Runnera, albo Piąty Element. Ruch, gwar, hałas – wszyscy gdzie pędzą, albo spieci czekają na zielone światło, aby zaraz popędzić. Żeby ochłonąć, schowałem się za kamerę i zrobiłem parę ujęć. Ufff… Już lepiej.

Danziger Strasse, gdzie mam nocleg, jest długa. Zaczałem od jedynki i zanim przeszedłem daleko za 130, mogłem obserwować mnóstwo wielkomiejskich obrazków. To bardzo przyjemnie, wędrować tak wśród zdarzeń normalnych dla mieszczucha, obserując je świeżym okiem chlopaka z prowincji. Byłem zmęczony i nie robiłem zdjęć, ale obiecuję Wam, że powtórzę ten spacer.

S., którego historię opowiem kiedyś, oddzielnie, jest bardzo dobrym gospodarzem. Konkretny, spokojny, nawet specjalnie uprzątnął pokój przed moim wyjazdem (co zapewniło mi sympatię jego współlokatorek).

Mam teraz jeden problem. Wygląda na to, że planowane w Niemczech spotkania propagandowo-fundraisingowe nie dojdą do skutku. Dlatego proszę Was o (aktywną, nie tylko radą) pomoc w zorganizowaniu tu w Berlinie jakiegoś małego spotkania – może być dla kilkunastu osób – któregoś wieczoru, do 25.05 włącznie. Bardzo by mi to pomogło, a może nawet stać by mnie było na autobus na południe. Każde 10 Euro się liczy. Z przyjemnością opowiem o Ekspedycji, o Anarchopozytywizmie,  o życiu off-the-matrix, o konopiach i o niekomputerowym hakerstwie. Pomożecie? 🙂

Advertisements
About

Turning stories into reality.

Tagged with:
Posted in Listy z podróży, Po polsku

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: