Zabić parazyta!

Z tzw. “powodów niezależnych”, mimo gorącego wsparcia moich przyjaciół, nie dałem rady dojechać na CopyCamp 2014, gdzie miałem mieć swoje 10 minut na wariackich papierach. Żal tym większy, że że nie będę mógł teraz opowiadać, “jakeśmy to z Cory Doctorowem na CopyCampie wykłady dawali”.

Aby więc sobie – i paru innym osobom – smutek osłodzić, zamieszczam tu planowaną wersję mojego wystąpienia, z ilustracjami (których i tak nie zobaczylibyście, bo nie spełniały rygorystycznych wymagań co do praw autorskich. A tutaj – hulaj dusza.

cc2014s11. Prawo autorskie powstało, aby wynagradzać twórców za powstałe już dzieła. Jego celem finansowym było zapewnienie twórcom środków do życia i motywacji podczas tworzenia następnych dzieł. Celem społecznym było utrzymanie atrybucji – przypisania dzieła jego rzeczywistemu autorowi. Obecne prawo autorskie, zawarte w szerszej kategorii „własności intelektualnej”, obejmującej także znaki towarowe, patenty itp., rozciąga „ochronę” w czasie i w zakresie tak szeroko, że główne korzyści przypadają nie autorom – w większości już nieżywym – lecz pośrednikom i dystrybutorom. Standardy w tej dziedzinie wyznacza USA. 90-letni okres ochronny oraz automatyczne objęcie ochroną każdego dzieła umysłu – łącznie ze szkicem czy notatką na serwetce w kawiarni – powodują zastygnięcie kultury w kajdanach umów licencyjnych. Te same rygory USA eksportuje na świat, poprzez liczne traktaty i konwencje w dziedzinie „własności intelektualnej”. Choć Fundacja Nowoczesnej Polski odradza używanie tego terminu, „własność intelektualna” doskonale charakteryzuje podejście rynku do dóbr kultury. Ponieważ własność, „despotyczny monopol władania”, polega przede wszystkim na ograniczeniu dostępu do danego dobra.

cc2014s22. Gąszcz zastrzeżeń prawnych, zbudowany dookoła dowolnego utworu, skutecznie odstraszy od jego wykorzystania wszystkich, poza najsilniejszymi graczami. Prawo jest, jak kiedyś napisano „jak pajęcze sieci; mucha się uwikła, ale bąk przeleci.” Obecna postać prawa autorskiego (i szerzej, własności intelektualnej), właśnie w ten sposób dyskryminuje większość, na korzyść wielkich organizacji z dobrze opłacanymi działami prawnymi. Jeśli podczas tej prezentacji powiem dowcip, zaśpiewam piosenkę, albo pokażę ilustrację, to – o ile nie mam zgody autora – najprawdopodobniej naruszę prawo. Mówicie, że nie naruszę? Nie wiem, nie jestem prawnikiem. Ale, skoro i tak prawie na pewno jestem piratem…

cc2014s33. Ludzka kultura, a szczególnie jej część zwana sztuką, od zawsze oparta jest na zapożyczeniach, naśladownictwach i trawestacjach. Sztucznie stworzona kategoria własności intelektualnej blokuje ten proces – w sztuce, badaniach naukowych, w internetowym życiu towarzyskim. Słitaśna fotka kotka, gdy już się znajdzie na fejsie, podlega ochronie prawnej, z wszystkimi konsekwencjami. Tak samo jak „gen podatności na raka piersi”, który zastrzegła patentem firma biotechnologiczna z Utah.

cc2014s44. Przeciwieństwem tego dyskryminacyjnego systemu jest uznanie dóbr kultury – od piosenki „Happy Birthday”, do korpusu wiedzy akademickiej – za dobro wspólne (the commons). Zasób społeczny, który nie ma i nie może mieć właściciela. Nie ma i nie może być wprost sprzedany. Który dostępny jest – na powszechnie znanych i jednolitych zasadach – wszystkim, którzy go współtworzą. Który prawo i społeczność jego opiekunów chronią przed sprywatyzowaniem, przekształceniem w towar i wystawieniem na rynek.

cc2014s55. Zgodnie z definicją noblistki Elinor Ostrom, dobro wspólne to triada obejmująca zasób (materialny, lub nie), opiekującą się nim społeczność, oraz ustalony system norm postępowania owej społeczności. Są pewne zasady konstytutywne, których naruszenie powoduje, że dobro wspólne przestaje być dobrem wspólnym, a staje się towarem rynkowym zarządzanym przez grupę podmiotów gospodarczych. Należą do nich przede wszystkim
– Zakaz prywatyzacji zasobu: zasób nie ma właściciela, ma jedynie powierników. Jest niepodzielny i nie wolno ograniczać beneficjentom dostępu do pożytków z niego płynących.
– Zakaz wyceny rynkowej zasobu: zasób nie może w żaden sposób zostać wprowadzony na rynek.
– Wyraźne rozdzielenie zasobu od pożytków: pożytki, jako “produkty uboczne” zasobu mogą być zawłaszczane i zużywane przez beneficjentów, a nawet wprowadzane na rynek.
Tak skonstruowany system pozwala zarówno utrzymać atrybucję, gratyfikacje dla twórców, jak i ciągnięcie pożytków z ich dzieł. Blokuje natomiast komodyfikację dóbr kultury – tworzenie z nich pseudotowaru, co nieuchronnie poddaje je prawu własności.

cc2014s66. Mój uczony kolega zapowiedział, że oprotestuje używanie przez mnie w tym wystąpieniu pojęcia „własność intelektualna”, jako mętnego i obejmującego zbyt wiele różnych dóbr. Zamiast tego, jak rekomenduje Fundacja Nowoczesna Polska, należy używać pojęcia „monopole intelektualne”. Zgoda, chodzi w końcu o prawo (oparte na przymusie państwowym) do uNIEdostępnienia pewnych dóbr niematerialnych.
Ja natomiast z przyjemnością powiem – to upraszcza sprawę. To, co proponuje dobro wspólne, to podejście wyszukaj-i-zamień. Gdziekolwiek pojawi się pojęcie „własność intelektualna”, należy je po prostu zastąpić pojęciem „intelektualne dobro wspólne” – z wszelkimi konsekwencjami. Można to zasadniczo załatwić jedną ustawą. 😉
„Commonizacja” dóbr kultury będzie katastrofą finansową (i oby egzystencjalną) dla tych wszystkich, którzy żyją z ograniczania innym dostępu do wiedzy, kultury i informacji. Dla dystrybutorów i nadzorców. Dla egzekutorów i ekspertów. Dla korporacyjnych prawników i sprzedawców pop-pulpy. Wreszcie dla spadkobierców w trzecim pokoleniu, którzy nawet nie rozumieją o co chodziło dziadkowi-poecie. Słowem, dla tych wszystkich, którzy pasożytują na relacji między autorem a jego publicznością. Między naukowcami, wymieniającymi się inspiracjami. Między twórcą a społecznością fan-fiction.

7.cc2014s7 Nie każdy twórca widzi swój interes w pozbyciu się owych pasożytów. Ale im trudniej nowym artystom jest dostać się na play listy; im trudniej młodym naukowcom o publikację w liczącym się czasopiśmie, tym większa potrzeba wolnej kultury. Creative Commons, czasopisma naukowe Open Access, licencje copy left, a nawet copy-leftist – trwają właśnie ogólnoświatowe prace badawczo-rozwojowe nad zastąpieniem „rynkowej własności intelektualnej” intelektualnym dobrem wspólnym. Czego nam wszystkim życzę…

cc2014s88. Niniejsza prezentacja została opublikowana na licencji Woody Guthriego. Oto ona:
„Ten utwór jest chroniony prawem autorskim przez 90 lat po śmierci autora i w tym czasie każdy, kto będzie go wykonywał, kopiował, przesyłał lub modyfikował bez zezwolenia autora, jest moim najlepszym przyjacielem – bo mi to nie przeszkadza. Publikujcie to. Kopiujcie to. Tańczcie do tego. Jodłujcie to. Ja to napisałem, i to jest wszystko, co się liczy.”

9. Dziękuję za uwagę. Zapraszam do lektury książki Davida Bolliera „The Commons – dobro wspólne dla każdego”, która stała się podstawową inspiracją tego wystąpienia.

POSŁOWIE

Powyższy tekst powstał w okolicach kwietnia 2014 roku. Od tego czasu, do dnia rozpoczecia CopyCamp 2014 w listopadzie, zdarzyło sie wiele rzeczy, które zmieniły moje podejście do tematu własności intelektualnej. Wypada wiec napisać – zapewne krótszy – tekst przedstawiający moje aktualne poglądy w tej mierze. Oczekujcie go niebawem.

Advertisements
About

Turning stories into reality.

Tagged with:
Posted in Po polsku

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: