Szwedzki kryminał

Szwedzki kryminał, czyli o pożytkach z przewietrzania szafy.

Ta terra felix, Sarmatia warta
wiecznych podróży, pióra i lutni,
istniała przecież wsparta na barkach
bóstwa o rysach okrutnych.
(Jacek Kaczmarski)

I znowu cajtgajst mnie dopadł. Znienacka.

Spokojnie leżałem sobie zawinięty w trzy warstwy odzienia i dwa śpiwory, lecząc lekkie przeziębienie (tessalonikańska zima to co prawda 14 stopni na plusie, ale zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz naszej tymczasowej rezydencji) i czytając serię szwedzkich kryminałów – mrocznych i egzystencjalnych1.

Jak to zwykle w dobrym szwedzkim kryminale, mnóstwo było o “szkieletach w szafie” – tajemnicach, prywatnych i zbiorowych, ukrytych przed wszystkimi – a zwłaszcza przed zainteresowanymi. Ich ujawnienie, a częściej jeszcze próby utrzymania w sekrecie, nieodmiennie stają się bodźcem do czynów gwałtownych i nieodwracalnych. Morderstw, zabójstw, egzekucji lub eliminacji (zauważmy subtelną hierarchię od kategorii głęboko bezprawnej do całkowicie ponadprawnej).

Zakres tajemnic – z racji ulokowania historii tuż przed 2000 rokiem – trąci dziś z lekka myszką: międzynarodowe siatki pedofilskie, zakorzenione w strukturach władzy i biznesu; porządni ludzie, odkrywający, że ich rodzice byli wysokiej rangi SSmanami, a ich rodzinny majątek zaczął się od saszetki złotych zębów; uczciwi urzędnicy bankowi, dostrzegający nagle, że stali się narzędziami rabunku własnych ziomków; szlachetni (!) policjanci rozważający korzenie szwedzkiego dobrobytu i stabilności żywiące się współpracą ze wszystkimi stronami wszelkich krwawych konfliktów na planecie.

Z piętnastoletniego dystansu, po Assange’u, Swartzu, Snowdenie, Manning i dziesiątkach mniej znanych “hejnalistów z wieży Mariackiej”, ta lista brzmi staroświecko i niemal naiwnie. Ale dzięki temu widać, że “szkielety w szafie” są w historii ludzkiej raczej normą, niż anomalią. A próby utrzymania tajemnic pod kluczem zawsze motywują do działań drastycznych, na każdym poziomie – od obywatela, próbującego wyrwać się spod policyjnego szantażu donosem na sąsiada, do mocarstwa, prowadzącego przez dekady operacje utajniania i dezinfomacji, a po kanonicznym terminie lat 50, starającego się odtajnione wreszcie akta zniszczyć lub pogrzebać pod warstwą procedur dostępu.

Perspektywa powieści kryminalnej, to – nieco zmodyfikowana – perspektywa klasycznej tragedii. Jednostka, z nagła postawiona przed skutkami działań – własnych i cudzych, często jej nieznanych, niemal zawsze poza jej kontrolą, kulminujących w krwawych i nieodwracalnych wydarzeniach. Przeplecione losy ludzi, których łączy jedynie “pole rażenia” sekretów z przeszłości. Bohaterowie owej tragedii – bo nie jest to tylko ten czy ów detektyw – próbują na tym nagle wybuchającym polu minowym znaleźć bezpieczną drogę. Próbują czasem skorzystać z ogólnej “dysrupcji” i wyzwolić się z osobistej opresji – politycznej, materialnej, czy egzystencjalnej stazy, w której trzymały ich potężne siły poza ich kontrolą. Czasem im się udaje, a czasem nie. Czasem wystarczy jedynie, że bohater zajrzy poza sklepienie niebios – jak Flammarionowski pielgrzym – i pozna zarysy mechanizmu świata. I dowie się – inaczej niż grecki bohater tragiczny – że to nie bogowie, nie historia, nie obiektywne prawa, ale ludzie, tacy sami jak on, stworzyli ów system i pieczołowicie utrzymują go w ruchu. Ludzie, którzy mają nazwiska i adresy, metaforycznie mówiąc. I nie są to adresy na szczycie Olimpu.

Pod koniec czwartego tomu zrobiłem sobie przerwę na rozmyślania. Co powoduje, myślałem sobie, że szkielety nie tylko żyją sobie w szafie w najlepsze, ale wręcz wpływają aktywnie na życie ludzkie – wcale nie tylko przy okazji intryg kryminalnych? Czy rzeczywiście, dumałem, poprawiając kaptur śpiwora, tajemnice sprzed dwóch pokoleń moga decydować o dzisiejszych działaniach rządów i korporacji? Co jest mechanizmem, pytałem, popijając herbatę z imbirem, przenoszącym ów wpływ, jeśli taki jest (a na to cały czas wygląda)? I wreszcie, KURWA, krzyknąłem, wydmuchując obłok pary z płuc, co możemy z tym zrobić? JAK wyrwać się spod władzy dawno martwych ludzi i ich tajemnic? JAK ŻYĆ?

Po tym wybuchu opadłem na poduszki i postanowiłem się jednak trochę oszczędzać. Zamiast więc mnożyć metafory, wziąłem się za analizę przypadku.

Wyobraźmy więc sobie przypadek młodego człowieka płci dowolnej. Osoba ta jest dzieckiem znanego i szanowanego szwedzkiego neurochirurga żydowsko-niemieckiego pochodzenia, ocalałego z Zagłady powojennego imigranta. W wyniku nieoczekiwanego splotu wydarzeń, po śmierci ojca, nasza bohaterka dowiaduje się, że w rzeczywistości jej ojciec był szwedzkim faszystą, lekarzem, SSmanem wysokiego szczebla, prowadzącym w Buchenwaldzie eksperymenty medyczne (zasadniczo wiwisekcje ośrodka bólu w mózgu). Swoją powojenną tożsamość ukradł jednej z ostatnich swych ofiar – berlińskiemu poecie i myślicielowi, którego całą rodzinę w tymże Buchenwaldzie zabił. Utrzymywał nową tożsamość tak skutecznie – pozornie dopiero integrując się z “nową” ojczyzną i nabywając “nową” profesję, że do końca długiego życia nie tylko otoczenie, ale i niemal on sam w nią uwierzył2.

Zanim przejdziemy do typowego pytania wszelkich powieści i filmów “No i co teraz z tym zrobić?”, zastanówmy się nad przeszłością naszych bohaterów. Nad tym, co doprowadziło ich do owego momentu, jakie siły działały na nich, częsciowo bez ich wiedzy. Dopiero potem zastanowimy się, co dalej.

Doktor X chciał przeżyć. Podporządkował całe swoje życie zawodowe i prywatne temu celowi. Wyszedł z wojny okaleczony nie mniej niż jego ofiary, ale żywy. Z niepowtarzalnym doświadczeniem zawodowym (medycyna do dziasiaj wiele fundamentalnej wiedzy czerpie z badań prowadzonych tam, gdzie granice etyczne były tylko niejasnym wspomnieniem) i woreczkiem złotych żydowskich zębów, w kwiecie wieku i z tożsamością otwierającą drzwi poczucia winy, zaczął w starej/nowej ojczyźnie budować własne schronienie. Jego budulcem były instytucje społeczne. I nie mam tu na myśli tylko sformalizowanych organizacji. Mam na myśli struktury nieformalne, obyczaje, tabu i powinności, które kształtujemy na każdym poziomie struktury społecznej. Kręgi towarzyskie, sieci społeczne, wzajemne przysługi i zależności. One to właśnie, żyjąc po wielekroć dłużej, niż ich twórcy, stanowią o trwałości procesów i struktur społecznych – są mechanizmem genetyki społecznej, dziedziczenia memów.

Wyobraźmy go sobie. W pierwszym okresie mógł jedynie korzystać z zastanych mechanizmów, jako że jego osobista pozycja była skromna. Na jego rzecz działało ogólnospołeczne poczucie winy i lęk, że ktoś, w powojennym entuzjazmie denazyfikacji, wypomni “neutralnej” Szwecji nie tylko jej współpracę gospodarczą i polityczną z Niemcami, ale też jej tradycje “higieny rasowej” i eugeniki, które stały się podstawami dla hiltlerowskej “nauki rasowej”. W tej atmosferze lęku i niepewności, gdy w Europie trwały dyskusje, czy nie wyjąć całego narodu niemieckiego spod prawa, żydowski ocaleniec mógł w Szwecji dostać wszystko – miał się lepiej niż żołnierz wyklęty na zjeździe ONR; lepiej niż amerykański Tommy wśród berlińskich zagłodzonych dam.

I Doktor X. z tego skorzystał. Zarabiał kolejne punkty, ucząc się błyskawicznie języka, a potem studiując medycynę i specjalizując się – guess what – w neurochirurgii. Zarazem konsekwentnie unikał pewnych ludzi, a lgnął do innych. Starzy faszystowscy towarzysze przylegli do ziemi, albo uciekli daleko, ale zawsze ktoś mógł go rozpoznać. Odwrotnie w żydowskiej gminie w Sztokholmie, ktoś mógł go NIE rozpoznać – pewne kręgi były więc dlań zamknięte. Siłą rzeczy obracał się więc w postępowych kręgach akademickiej Szwecji – tych, które zamiotły pod dywan wspomnienie Instytutu Higieny Rasowej w Uppsali, aby szczęśliwie zacząć od zera budować pozycję Szwecji w naukach medycznych. Żydowski błyskotliwy neurochirurg, Nowy Szwed, znający mózg od podszewki, był dla tych ludzi znakomitym nabytkiem. Jego obecność gwarantowała, że nikt nie zajrzy do pewnych szaf.

Dla doktora X., z kolei, owo środowisko było doskonałą osłoną. Nie musiał się tłumaczyć, dlaczego unika kontaktów z gminą wyznaniową; nie musiał się tłumaczyć z niczego – wszyscy zjednoczeni byli pragnieniem zapomnienia przeszłości i budowania nowego, lepszego jutra.

W końcu dr X. założył rodzinę. I tak w rodzinie, jak i w zespole uniwersyteckim, pewne rzeczy wiedziało się bez słów. Wiedziało się, jakich tematów nie poruszać, jakich słów nie używać. Jakie postawy są popierane, a jakie nie. Jakie znajomości są odpowiednie, a jakich się nie kontynuuje. Na poziomie kontaktów bezpośrednich, w patriarchalnej strukturze rodziny czy grupy asystentów profesora, normy są narzucane i egzekwowane bez hałasu. Musi wydarzyć się kataklizm, żeby coś się zmieniło.

Przez dziesiątki lat dr X., w sojuszu z innymi, o podobnych, lecz nie tych samych celach, budował swój własny zestaw instytucji społecznych. Miał on trzy zadania: wzmacniać tożsamość przybraną, aby przeżyć; powstrzymać wszelkie próby jej podważenia; zapewnić obronę lub ucieczkę w razie odkrycia. Możemy sobie wyobrazić, jak pieczołowicie zawierane były przyjaźnie; jak dobierane udzielane przysługi, podstawa do rewanżu w przyszłości; jak dyskretnie izolowane osoby niebezpieczne z racji powiązań, czy dociekliwości. Całe życie rodziny X. stało się „by design” życiem w schronie przeciwatomowym. Ale wiedział o tym tylko jego architekt.

Spójrzmy więc na sytuację syna X. Modelowo łącząc posłuszeństwo z buntem, zostaje co prawda lekarzem na wzór ojca, ale zamiast kariery naukowej wybiera drogę społecznika. Nawiązując do przedwojennego życia ojca, próbuje, z pewnymi sukcesami, pisać. Podziwia ojca za jego hart ducha i podniesienie się po przejściach obozowych i to motywuje go do działalności społecznej. W tym wszystkim opiera się na całej sieci społecznej, ludziach i relacjach, pozostawionych mu przez ojca. Czuje się jego dziedzicem – nie tylko biologicznie, ale też kulturowo. Żydowskim społecznikiem-intelektualistą, w dostatnim, stabilnym, światłym i tolerancyjnym społeczeństwie.

Ale to wszystko jest nieprawdą. Biologicznie jest synem rasistowskiego psychopaty, wielokrotnego mordercy, który torturował swoje ofiary, po każdej z nich otrzymując premię w postaci garści złotych plomb (oraz przyrostu unikalnej wiedzy medycznej). Kulturowo jest spadkobiercą środowiska, które poświęciło życie ukrywaniu osobistych sekretów jego ojca oraz zbiorowego wstydu Szwedów za ich postepowanie przed i w czasie wojny. Środowiska, które bez pytań, a z radością budowało swoją pozycję międzynarodową na wiedzy zdobytej przy okazji popełniania zbrodni przeciw ludzkości.

Tylko że nasz młodszy bohater nic o tym nie wie. I być może się o tym nie dowie.

No i oczywiście wywiązała się dyskusja z N., jako naszą miejscową specjalistką od transcendencji. Bo skoro nasz bohater nic nie wie o prawdziwej sytuacji i nie ma szans – w normalnych warunkach – się w niej zorientować, to czy nie jest tak, że pozór stanie się dla niego prawdą? I że szkielety w szafie jego ojca stracą nad nim władzę?

Otóż z karmicznego punktu widzenia (na ile to zrozumiałem) tak być może. Bo mniej ważne jest, jak zaczęło się nasze życie, a bardziej, co z nim robimy w każdym kolejnym dniu. Więc dla przyszłych żywotów (N. jest buddystką) bohatera mniej ważne jest, czy postrzega się jako dziedzic intelektualisty, czy jako progenitura zbrodniarza. Tak samo rzecz się ma z dziedzictwem genetycznym – ono nie jest decydujące samo przez się. Ważne, co z tym uczyni sam delikwent.

Ale z punktu widzenia społecznego różnica jest wyraźna. Otóż, (współ)stworzone przez dr. X. instytucje społeczne przeżyły go. I tak, jak szwedzkie instytucje ukrywania zbiorowej winy posłużyły X. do okopania się i zbudowania swojego schronu, tak i jego twór posłuży następnym – może mniejszej miary – winowajcom za fundament ich fortyfikacji. Zgrane grupy, koterie powiązane wspólnymi sekretami i przysługami, chętnie przyjmą nowych członków, przekazując przez pokolenia wzorce zachowań. A to z kolei ułatwi dokonywanie następnych czynów, których skutki potem ukryje się w nowych/starych szafach. Tak powstaje i utrzymuje się samoreplikujący się system tuszowania starych – i wspierania nowych – zbrodni.

Jedyna szansa, aby to zmienić, to dowiedzieć się, czym są naprawdę owe instytucje. Sekrety, które chronią, są być może już nie do odkrycia. Ale rola owych szaf, ich istnienie i sposób działania, powinny być znane wszystkim. Im mniej ich zostanie, tym mniej będzie miejsca na sekrety. I tym mniejsza będzie władza szkieletów nad naszym życiem. Bowiem nawet najstraszniejsze czyny, dokonane jawnie i w świetle są mniej szkodliwe, niż dokonane w mroku i sekrecie. Czego, mam nadzieję, dowiodła moja skromna opowieść.

Następnego dnia, już prawie zdrowy, pojechałem do biblioteki podłączyć się do internetu. I wpadłem w sam środek awantury o więzienia CIA i wrażliwość ludzi lewicy. O tajemnice, dezinformację i szkielety w szafie.

I tak właśnie dopadł mnie cajtgajst.

1 Arne Dahl: Drużyna A. Szukajcie na chomiku. UWAGA! Będzie spojler!

2 Jeden z wątków w: Arne Dahl: Drużyna A – Europa Blues. Uprzedzałem, że będzie spojler.

Advertisements
About

Turning stories into reality.

Tagged with: , ,
Posted in Po polsku

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: