Rojava, Putin, Syriza – niepokoje anarchisty

„Muszę przyznać, że niepokoi mnie pewien fakt. Otóż pisałeś kiedyś o przychylnych deklaracjach Putina na temat Rojavy. Pamiętam, jak napisałeś wtedy, że czasem ma się dziwnych sojuszników. Otóż zauważam pewną niepokojącą tendencję: na fejsowej stronie Rojavy pojawił się komunikat z gorącymi gratulacjami dla ‘zwycięskich’ członków greckiej Syrizy.
Syriza zdaje mi się być tworem co najmniej kontrowersyjnym z kilku powodów: jednym jest zawiązanie koalicji z ultrakonserwatystami z ANEL, drugim zaś obecność w szeregach Syrizy tzw. stalinistów, którzy bodajże dwa lata temu zaatakowali anarchistów na wspólnie organizowanym demie, no i w końcu wykazywanie sympatii w stosunku do rosyjskiego autorytaryzmu.
W związku z powyższym nasuwa się pewne pytanie: jeśli ludzie z Rojavy popierają syrizę, zaś syriza zdaje się sympatyzować z putinowskim autorytaryzmem, to czy ludzie z Rojavy nie będą skłonni do takich samych sympatii (tym bardziej że wcześniejsze deklaracje rosyjskiego autorytarysty były Rojavie przychylne)?
Przykre by było, gdyby Rojava stała się częścią jakiegoś miernego, globalnego bloku politycznego. Może trzeba by coś niecoś napisać na profilu Rojavy, żeby przestrzec tych ludzi przed pułapką, w którą mogą wpaść? Coś zasugerować podpierając argumentami? Przede wszystkim zaś, chyba uświadomić problem?”

chess_3d_setTak napisał do mnie Sathaniell. Moja, w zamiarze zwięzła, odpowiedź (“Musimy Rojavie stworzyć alternatywę.”) bardzo szybko rozrosła się w niniejszy tekst.
Zaiste, przedstawiony przez Sathaniella obraz i wynikający stąd niepokój są realne. Na to, jak bardzo jest to niepokojące i co z tym zrobić, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Ale żeby odpowiedzieć, najpierw trzeba sytuację mniej więcej wyjaśnić i uporządkować. Spróbuję to zrobić, dodając garść moich analiz i opinii — bez aspirowania do roli autorytetu. Jeśli coś zabrzmi zbyt kategorycznie, proszę się nie przejmować, taki mam po prostu charakter. Pamiętajcie też, że jest to wszystko bardzo uproszczone — nie ma mnie (niestety, niestety) na miejscu, nie znam języka i w ogóle.
Sytuację Rojavy i dookoła Rojavy widzę jako przenikające się, symultaniczne rozgrywki geopolitycznych szachów, czy może ‘go’, rozgrywane na różnych szachownicach, połączonych jednym czy kilkoma polami. Popatrzmy na tę supersymultanę.

Główni gracze

Autonomia Rojavy: siły polityczne (oszczędzę Wam listy trzy- i czteroliterowych skrótów), które dążą do utrzymania i rozszerzenia strefy Autonomii, której dokumentem podstawowym pozostaje „Kontrakt Społeczny”, opublikowany tutaj: http://peaceinkurdistancampaign.com/resources/rojava/charter-of-the-social-contract/ (pdf tamże).

Ci, co znają założenia Konfederalizmu Demokratycznego (http://www.freedom-for-ocalan.com/english/download/Ocalan-Democratic-Confederalism.pdf), po przeczytaniu Kontraktu Społecznego mogą być nieco zdegustowani. Długi, nużący dokument, wprowadzający wiele rozwiązań typowych dla współczesnych systemów przedstawicielskich. Daleki bardzo od pełnych rozmachu tez Bookchina i Ocalana, tak porywających, gdy czyta się radykalną krytykę państwa narodowego.

Oportunizm Kontraktu Społecznego jest jednak oportunizmem radykalnym i rewolucyjnym. Jest to element PRZEJŚCIA od chaosu zewnętrznie sterowanych, podjazdowych walk plemienno-etniczno-religijnych do kooperacji w oddolnym tworzeniu wspólnego ustroju politycznego. I nawet jeśli ów ustrój ostatecznie będzie odbiegał od ideałów Bookchina, Ocalana, moich, czy Twoich, Czytelniku i Czytelniczko, to — moim zdaniem — Rojava jest dla nas cenna, bo udowadnia, że taki SPOSÓB budowania ustroju politycznego daje praktyczne i dzialające rezultaty. A jeśli to zadziała raz, wtedy zadziała dowolną ilość razy w różnych miejscach i społecznościach. Bo nie jest najważniejsze, jaki ustrój w końcu w Rojavie powstanie (pewnie i tak nie taki, jakibyśmy chcieli). Ważne jest, żeby był to ustrój stworzony oddolnie, przez mężczyzn i kobiety po równi, w dyskusjach i z jak największym udziałem konsensusu. To właśnie jest Skarb Rojavy.

Dla budowniczych Rojavy ma ona oczywiście więcej ważnych cech — mniej czy bardziej oczywistych. Oczywiste jest dążenie do przetrwania, do samorządności, do podmiotowości. Mniej oczywista jest wartość stabilnej, niepodległej Rojavy jako zaplecza dla Kurdów w Turcji, którzy nieprędko zakończą swoją walkę — Turcja nie planuje iść w ślady Syrii, czy Iraku. Prędzej już, jak Iran, będzie zaostrzać walkę z wolnościowymi dążeniami Kurdów.

Sukces Rojavy daje też wzmocnienie pozycji PKK i samego Ocalana — zarówno wobec Turcji, jak i w wewnętrznych rozgrywkach kurdyjskich. Rojava, założona własnymi siłami, w porównaniu do KRG (patrz niżej) jest maleńka i słaba. Ale Kurdowie dobrze wiedzą, jak bardzo KRG i klan Barzanich zalezny jest od zewnętrznego wsparcia globalnych graczy — a także nominalnych przeciwników. Rojava na tym tle świeci wręcz własnym światłem.

Kurdistan Regional Government (KRG) – rządzone przez klany powiązane z Barzanimi, kapitalistyczne, patriarchalne i mocno nacjonalistyczne prawie-państwo. Beniaminek USA, Izraela i wszystkich neokolonialnych potęg, dla których niestabilność Bliskiego Wschodu jest darem niebios, bo oznacza tanią ropę i inne surowce.

KRG ma ambicje, podsycane ostatnio mocno przez Izrael, by stać się regionalnym, nacjonalistycznym, militarnym mocarstwem antyarabskim (a przy okazji antyperskim, antyasyryjskim, antytureckim — takim drugim Izraelem, tylko że nie syjonistycznym). Już od kilku miesięcy KRG jest przez światowych graczy kreowany na Jedyny Prawdziwy Kurdystan i stąd czerpie legitymację do wezwań, aby wszyscy Kurdowie na całym świecie połączyli się pod jego flagą. Jak to nie jest państwo nacjonalistyczne, które zwalczali Bookchin i Ocalan, to ja nie wiem, co nim jest.

Osobiście uważam, że KRG się na tym przejedzie, bo jego patroni — może poza Izraelem — nie przehandlują ani dobrych układów z Iranem, ani integralności i nieagresji Turcji wobec Europy za marzenia o Wielkim Kurdystanie. W najlepszym wypadku Kurdystan Iracki może na jakiś czas się załapać jako gladiator Zachodu do kolejnych proxy wars. Na razie jednak — o ile widać w internetach — na całego podgrzewana jest histeria nacjonalistyczno-mocarstwowa i różne odwieczne braterstwa, o których nikt nie słyszał dwa lata temu. Znacznie mi to przypomina polską II Rzeczpospolitą…

Z regionalnych graczy najaktywniejsze są dwa państwa: Izrael i Turcja. Iran i Irak są mniej zaangażowane w sprawie Rojavy – mają na głowie ISIS, KRG i ruch kurdyjski w Iranie, co skutecznie zaprząta ich uwagę.
Izrael ma znakomitą sytuację. Kurdowie w Izraelu są lojalną, nieźle się mającą grupą, niesprawiającą kłopotów, a dzisiaj legitimizującą twierdzenia o tym, że Izrael zawsze wspierał niepodległość Kurdystanu, nawet jeśli nie mógł tego publicznie ogłaszać. Izraelscy instruktorzy (obok duńskich, niemieckich i amerykańskich kolegów) szkolą siły specjalne KRG, a izraelscy lobbyści internetowi prowadzą intensywną wojnę propagandową, nakierowaną na wypranie z kurdyjskich mózgów najmniejszych śladów myśli o pokojowym współistnieniu z Arabami i innymi narodowościami, nawet niekoniecznie wyznania muzułmańskiego. Oczywistym celem jest przełamania izolacji politycznej Izraela w regionie, skierowanie części arabskiej nienawiści na Kurdów i stworzenie politycznego alter ego. Powodzenie tej kampanii oznaczałoby bezterminowe – jak to jest w przypadku Izraela – uzależnienie istnienia KRG od ciągłego, politycznego i wojskowego, wsparcia ze strony USA. Byłby to faktyczny koniec niepodległego Kurdystanu.

Bardzo charakterystyczne jest, że Izrael konsekwentnie nie zauważa istnienia Rojavy. W publikacjach analityków politycznych kantony Rojavy określane są jako część Syrii i w żaden sposób nie wspomnia się tam o zadeklarowanej ich niezależności.

Turcja przeciwnie, Rojavę dostrzega jak najbardziej. I nie jest z tego powodu szczęśliwa. ISIS nie spełniło nadziei i nie rozgniotło Kurdów o umocnioną turecką granicę. Amerykanie nie pozwolili Turkom utworzyć „strefy bezpieczeństwa” na spalonej ziemi Rojavy. Międzynarodowa, oddolna mobilizacja medialna ściągneła na Turcję bardzo niechcianą uwagę świata. Teraz prezydent Erdogan musi improwizować ofensywę polityczną i propagandową. Już zapowiedział, że nie dopuści do żadnej legitymizacji Kurdów na terenie Syrii. Uderza to tyleż w Rojavę, co w mocarstwowe plany KRG, któremu marzy się dostęp do Morza Śródziemnego.

Turcja ma bardzo poważne kłopoty – uskrzydleni oswobodzeniem Kobane Kurdowie nie będą ani pokojowi, ani ulegli. Ocalan, w swoich wytycznych dla PKK, wyraźnie stwierdza, że pokojowe działania to jedno, a samoobrona to całkiem coś innego. Turcja, o ile nie zacznie rokowań, może mieć wojnę domową na pełną skalę.

Na plany i rozgrywki regionalnych graczy kładzie się cień prawdziwych potęg: koalicji Zachodu, pod przewodem USA, ale nie zawsze tak monolitycznej, jak by Amerykanie chcieli, oraz Rosji. Wielkim Nieobecnym jest oczywiście Państwo Środka. Na pewno ma ono oko na rozwój wydarzeń i ma swoje plany (być może związane z Iranem), ale mi przynajmniej nic o tym bliższego nie wiadomo.

„Globalny Zachód” nie jest specjalnie innowacyjny w swych dążeniach. Uzależniony od neokolonialnych źródeł surowców kapitalizm pragnie dla Bliskiego Wschodu tylko niestabilności. Zachodowi potrzebna jest Arabia stabilna na tyle, żeby dostawy ropy i gazu trwały bez przeszkód, ale słaba na tyle, żeby na cenę surowców można było łatwo wpływać metodami wojskowymi i politycznymi. Dlatego Zachód nie pozwoli na rozwój żadnej siły, która mogłaby zjednoczyć Bliski Wschód i uczynić go silnym, niezależnym politycznie regionem. Jeśli Kurdowie – czy to z Rojavy, czy z KRG – będą mieć takie zapędy, bardzo szybko spadną z pozycji dzielnych sojuszników USA na pozycję terrorystycznego zagrożenia dla „wolnego świata”.

Rosja, której ostatnio USA uprzykrzają życie wojną cen ropy i gazu, zapewne nie ma nic przeciwko temu, żeby Bliski Wschód się odrobinę wyemancypował. Działa też bardzo rozsądnie w sprawie Kurdów – z jednej strony Gazprom otwiera przedstawicielstwo w Kurdystanie Irackim i zaczyna eksploatację tamtejszych złóż, z drugiej – przewodniczący Dumy przyjmuje przedstawicieli Kurdów z Turcji i rozmawia o samostanowieniu i autonomii.

Putin nie byłby pewnie zbyt szczęśliwy, mając taką Rojavę na Krymie czy gdzieś na Syberii, ale cieszy go każdy cierń w boku przeciwników. Trzeba pamiętać, że tureckie ambicje wybicia się na regionalną mocarstwowość wprowadzają Erdogana na kurs kolizyjny z Rosją, szczególnie gdy chodzi o Azerbejdżan i okolice. Nie do pominięcia są też historyczne konflikty, w tym zagłada Ormian, którzy tylko w Rosji znaleźli schronienie i przetrwali.

Trochę niespodziewanie pojawiła się w tym wszystkim Syriza i radykalny zwrot w polityce greckiej. Jest to ważne, bo Grecja jest niemalże drzwi w drzwi z Rojavą, a w każdym razie na sąsiedniej uliczce. Specyfika grecka, szczególnie w stosunku do Rosji, komunizmu i Unii Europejskiej, to temat na oddzielny artykuł, i chyba nie uniknę tej roboty.

W odniesieniu do Rojavy ważne jest, że Grecja pod rządami Syrizy w koalicji z ANEL może się stać sojusznikiem Rojavy co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja, mocno już zinfiltrowana przez ISIS, stanowi coraz większe zagrożenie militarne. Rojava, zaplecze dla kurdyjskiego oporu w Turcji, angażująca znaczny potencjał turecki w tlącą się wojnę domową, to znakomite zabezpieczenie dla Grecji. Dodatkowo trzeba pamiętać, że Unia wyznaczyła Grecji rolę obozu filtracyjnego dla uchodźców z Bliskiego Wschodu. Zarówno Syriza, jak – z innych nieco powodów – ANEL chciałyby zapewne wyzwolić się z tej roli.

Istnienie w Syrii obszaru, z którego ludzie NIE CHCĄ uciekać, a może i zechcą do niego wracać, mogłoby być dla Grecji wystarczającym powodem dla wsparcia Rojavy – ale też Wielkiego Kurdystanu. Trzeba też pamiętać, że Syriza jest – tak samo, jak reszta graczy w tej symultanie – ruchem propaństwowym. A to stawia ją po drugiej stronie ideologicznej granicy. Obecność w jej szeregach stalinistów, czy flirty z Putinem – uzasadnione kontekstem greckim – są jedynie wisienkami na torcie etatyzmu.

Scenariusze dla Rojavy

To, co może się stać z Rojavą, zawiera się w trzech grupach scenariuszy.

Najbardziej przerażająca jest możliwość, że Rojava się rozpadnie, a na jej miejscu znów powstaną „dzikie pola” – pokawałkowane terytoria plemienne, przechodzące z rąk do rąk, gdzie życie ludzkie będzie tanie, a władza nad nim – w rękach lokalnych watażków. Światowe media nazwą to anarchią, ale wiemy, że opresja – zwłaszcza opresja kobiet – osiągnie wówczas niewyobrażalne rozmiary. Bedzie to też rzeczywistość odwetu na ludziach Rojavy. Turcy, niedobitki – być może – ISIS, wszyscy ci, co dzisiaj muszą respektować prawo Autonomii, bedą mieli okazję, aby wziąć rewanż. To oznacza śmierć, rabunki, gwałty i tortury. I koniec nadziei na wolne społeczeństwo. Do tej grupy scenariuszy należy też zaliczyć wersję tureckiej “strefy bezpieczeństwa” na terenach Rojavy.

Smutną dla nas, ale mniej śmiercionośną dla mieszkańców, jest wersja, gdzie Rojava zostałaby włączona do Wielkiego Kurdystanu. Jeśli sięgnie aż do Morza Śródziemnego, Kurdystan będzie wystarczająco silny, aby zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom Rojavy, a Kurdom w Turcji przynajmniej symboliczne zaplecze. Ceną będzie rezygnacja z marzeń o pierwszym społeczeństwie wdrażającycm idee municypalizmu wolnościowego, a być może całkowite porzucenie wszelkiej autonomii. Barzani nie kocha rozłamowców ani odrobinę bardziej niż Erdogan.

Scenariuszem miłym każdemu wolnościowcowi jest Rojava samodzielna, rozrastająca się, chroniona przed próbami aneksji, ciesząca się szacunkiem i dobrobytem. Pokojowa, lecz dobrze uzbrojona. Budująca nowy ustrój dla siebie, świecąca przykładem dla Bliskiego Wschodu, Europy i świata. Krok za krokiem, o własnych siłach przechodząca od opresywnej struktury państwa narodowego do konfederacji wolnych społeczności lokalnych. Nie anarchistyczna, lecz wolna na tyle, na ile jej mieszkańcy będą na to gotowi i chętni.

Tylko komu na tym zależy?

Nie oszukujmy się. Mieszkańcy Rojavy przede wszystkim chcą żyć. Wojowniczki i wojownicy, ideowcy i wizjonerzy – w każdej populacji jest ich mniejszość. W Rojavie i tak – podejrzewam – stężenie ideowości przekracza wszelkie normy, ale nie samą ideowością prowadzi się politykę. W tej chwili mija wielka, historyczna chwila Rojavy. Wraz ze zwycięskim zakończeniem oblężenia Kobane, wraz z rosnącymi sukcesami Peszmergi KRG, wraz z blaknącym przerażeniem wobec ISIS, Rojava odchodzi w cień. A tam na nią czekają z nożami.

NIKT z wymienionych tu graczy NIE CHCE, aby Autonomia Rojavy zrealizowała idee, jakie ją zapoczątkowały. Szczególnie dotyczy to wolności i równości kobiet. KAŻDY z podmiotów z naszej listy wolałby Rojavę w zgliszczach, mieszkańców wyrżniętych lub sprzedanych w niewolę, niż rozrastającą się zarazę oddolnej konfederacji. NIEKTÓRZY z lokalnych graczy (KRG na przykład, być może Grecja, zapewne Izrael) zaakceptują włączenie Rojavy – za cenę asymilacji – do narodowego państwa kurdyjskiego. Ale nikt, zupełnie nikt nie kiwnie palcem w obronie jakiegoś dziwnego, lewackiego, bezpaństwowego tworu.

Dlatego Rojava nie ma sojuszników. Dlatego tak bardzo ich potrzebuje. Dlatego – żeby przetrwać, żeby chronić ludzi przed wymordowaniem – będzie, w miarę jak słabnąć będzie nadzieja, iść na coraz większe ustępstwa. Aby tylko ludzie przetrwali. Tak, większość YPG i YPJ zginie za ideę, jeśli będzie trzeba. Przywódcy, jeśli będzie trzeba, pójdą pod mur, pod miecz, albo – irańską modą – na szubienicę. Ale kto ma prawo żądać od stu tysięcy uchodźców z rejonu Kobane, od 4 milionów mieszkańców całej Rojavy, aby dla idei Bookchina i Ocalana ginęli lub żyli na obczyźnie? Jeśli alternatywą jest względne bezpieczeństwo w klatce państwa narodowego? Oto zaiste diabelska alternatywa.

Czy jest nadzieja?

ypj-vs-zombieOddolna, autonomiczna Rojava nie obroni się sama. Ale żadne państwo, żadna międzypaństwowa organizacja nie dadzą jej wsparcia. Najwyżej przyślą pomoc humanitarną, gdy już będzie za późno.
Jedyny sposób, żeby Rojava przetrwała ORAZ dochowała wierności swoim ideałom to NASZA aktywność; nasze wsparcie; nasze uznanie. Potrzeba naszej mobilizacji, osobistego udziału, pracy w terenie i w sieci, rozłożonej na lata. Potrzeba tak wielkiego wsparcia, jak to, które przez lata otrzymywali Neozapatyści z EZLN – globalnej czujności i reakcji na każdą próbę ataku, na każdą próbę zdławienia Autonomii. Potrzebny jest masowy ruch w mediach społecznych – od kapitalistycznego Fejzbuka po anarchistyczne ziny – utrzymujący Rojavę w centrum uwagi. Potrzebne są programy wolontariatu, wymiany młodzieżowej, kontakty kooperatyw i lokalnych społeczności, dające możliwość spotkania i zaprzyjaźnienia się ludzi. Potrzebne są niekapitalistyczne przedsięwzięcia gospodarcze: pomoc w odbudowie regionu, transfer wiedzy, wymiana dóbr i usług. A nade wszystko potrzebna jest wielka, globalna solidarność z Rojavą. Nie tylko anarchiści. Nie tylko municypaliści. Każdy, kto popiera choć jedną z idei, na których zbudowano Rojavę, niech dołączy do tego ruchu. Różnimy się, kłócimy, a czasem walczymy ze sobą. Ale jeśli jest nam drogi skarb oddolnej organizacji politycznej, oddolnej autonomii małych społeczności, skarb konfederacji, wolności i równości kobiet, Skarb Rojavy – idźmy razem za niego walczyć. Dziś możemy wspólnie obronić skarb, którego przybywa, gdy się nim dzielić. Zróbmy to.

Advertisements
About

Turning stories into reality.

Tagged with: , ,
Posted in Po polsku
3 comments on “Rojava, Putin, Syriza – niepokoje anarchisty
  1. Korneliusz says:

    Ciekawe, wolnościowe idee. Nie mam pojęcia zbytnio polityce, ale takie coś się chce od razu poprzeć, choć wspieranie takiej odległej rzeczy wydaje się trochę nierealne jak dla szarego człowieka, co ze swoim krajem nie bardzo sobie może poradzić/zmienić.

  2. Korneliusz says:

    Czy takie coś ma jakiekolwiek realne szanse? Gdzie są czołgi, samoloty, bomby, czy nikt tego na nich nie szykuje?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: