Lud nasz jest dziki, lecz genialny

 “Z kim graniczy Rosja? Z kim chce. A z kim chce? Z nikim.”

18 marca 2014 roku prezydent Rosji, Władimir Władimirowicz Putin ogłosił powrót Rosji do aktywnej roli w polityce światowej. W orędziu do Zgromadzenia Narodowego, przygotowującym formalne zatwierdzenie aneksji Krymu, zapowiedział, że Rosja będzie aktywnie bronić interesów swoich obywateli, Rosjan na całym świecie i swoich interesów państwowych, „nawet gdyby miało to oznaczać trudne relacje z naszymi partnerami”.

Możemy bezpiecznie uznać, że Imperium Rosyjskie przebudziło się ze śpiączki, w której trwało przez ostatne dwie dekady i szykuje się do kolejnej ekspansji. Warto więc przypomnieć, co wydarzyło się „w poprzednich odcinkach”.

Złote czasy cesarstwa

Druga połowa 19. wieku to czas „europeizacji” Imperium Rosyjskiego. Zarówno wewnętrzne reformy, szczególnie rozbudowujący się industrialny kapitalizm, jak i ofensywa dyplomatyczna, dynamicznie zmieniały wizerunek Rosji z kraju, gdzie lud „dziki, lecz genialny”, na aspirującego uczestnika światowej śmietanki towarzyskiej. To był prawdopodobnie jedyny okres w historii, kiedy rządzące w Rosji grupy rzeczywiście widziały użyteczność w dołączaniu do światowego establishmentu i były gotowe zapłacić za to cenę pewnej liberalizacji w polityce wewnętrznej. Doskonale służyła temu także wygrana rywalizacja z Imperium Ottomańskim – paszport do grona chrześcijańskich mocarstw Europy, a zarazem wzmocnienie narodowo-religijnej tożsamości Rosjan. Zapamiętajmy również, że właśnie wtedy Rosja oficjalnie wzięła udział w grabieży Chin – temat, do którego niebawem przyjdzie nam powrócić. Jednak w owych czasach nikt nie spodziewał się odrodzenia Milczącego Smoka. Potężne, chrześcijańskie cesarstwo, pogromiwszy Turków, z fanfarami przekształcało się w porządne europejskie mocarstwo. Z drobnymi wyjątkami na Kaukazie i w Polsce, narody poddane Imperium także korzystały z dobrodziejstw cywilizującego się państwa.

Rosja była już wtedy potężna, a była na najlepszej drodze, aby stać się ważna. Kierunek wydawał się jasny: poprzez reformy wewnętrzne Rosja kierowała się w stronę monarchii parlamentarnej, a poprzez dyplomację i działania tajnych służb – w stronę światowego imperium, bezpośredniego konkurenta Wielkiej Brytanii. Dążenia te wspierał wciąż przyspieszający rozwój technologii, eksploracja bogactw naturalnych Syberii i napływ kapitałów, przyciąganych przemyślaną i skuteczną propagandą.

Wiek dwudziesty, to wyścig między kruszącą się potęgą cesarstwa absolutnego, a reformami demokratyzującymi. Lawinowe przemiany społeczne, a także coraz gęstsza atmosfera w stosunkach międzynarodowych, oznaczały nowe kłopoty i wyzwania dla władzy państwowej. Absolutystyczna tradycja, wyjątkowo silna w Rosji, utrudniała przemiany, zwłaszcza w obliczu biologicznego słabnięcia dynastii. Jednak urzędnicy i arystokracja nie dawali za wygraną. Administracja, tajne służby, dyplomacja – kręgosłup i system nerwowy imperium rozrastały się i rozwijały. Władcy świata do dzisiaj czerpią z tamtej epoki rozwiązania i inspiracje.

Cesarstwo (choć nie Imperium) ostatecznie wyścig przegrało. I niekoniecznie z powodu rewolucji (i kontrrewolucji) z lat 1905-1907. Słabnące państwo dobił – skądinąd nieunikniony – udział w Wielkiej Wojnie. Jak oportunistyczne bakterie, infekujące osłabionego nosiciela, wewnętrzne i zewnętrzne grupy interesów stowarzyszyły się i doprowadziły do dramatycznego końca Cesarstwa Rosyjskiego.

Elektryfikacja i władza rad

Zmiana władzy trwała ponad pięć lat. Ostateczne zwycięstwo nowego porządku, proklamowanego w retoryce komunistycznej, przesłoniło obserwatorom fakt, że imperium wyszło z okresu przemian okrojone, ale pełne nowej energii. Zarzucono próby dostosowania się do światowego establishmentu (który zresztą po Wielkiej Wojnie totalnie zbankrutował politycznie) na rzecz powrotu do koncepcji populistyczno-absolutystycznych (unikalny produkt rosyjski 😉 ). Imperium nie miało ochoty być grzecznym debiutantem, czekającym aż dorośli uznają jego wartość. Zaczęło grać według własnych reguł.

Industrializacja, militaryzacja, ekspansja terytorialna i rozbudowa struktur wewnętrznych zajęły znaczną część lat dwudziestych i trzydziestych poprzedniego stulecia. W przebraniu przodującej ideologii społecznej i pod tymczasową nazwą Związku Sowieckiego (Radzieckiego), Imperium przygotowywało się do nowej rundy integracji z Europą – tym razem przez zbrojny najazd. Odziedziczona po poprzedniej władzy sprawność w dziedzinie tajnych służb, propagandy i dyplomacji posłużyła do uprzedzającej ofensywy informacyjnej, zmiękczającej opór i siejącej lęk. Europa była prawie gotowa do konsumpcji.

Święta wojna, czyli rytuał przejścia

Spóźnione ambicje imperialne Niemiec, które już raz pchnęły Europę do wojny, zadziałały ponownie, wsparte demokratycznym mandatem niemieckiego społeczeństwa, sfrustrowanego i upokorzonego wynikiem poprzedniej próby. Masowa inżynieria społeczna, oparta na amerykańskich doświadczeniach z Wielkiej Wojny, podbudowana teoriami – o zgrozo – żydowskiego psychiatry z Wiednia, w ciągu kilku lat dokonała tego, co normalnie wymaga stuleci: stworzyła Tysiącletnią Rzeszę – ex nihilo imperium.

Pozornie sojuszniczy, nowy gracz chwilowo przerósł starego. Hitler i Stalin prowadzili ze sobą złożoną grę; każdy próbował oszukać drugiego, zanim zada mu cios. Stawką było – jak zwykle w tym towarzystwie – władanie co najmniej Eurazją. Niemcy, startując z pozycji mocarstwa industrialnego, miały na początku przewagę nad wciąż agrarno-surowcową Rosją. Łatwiej i szybciej jest zbrojnie zdobywać dostęp do surowców, mając własną, zaawansowaną infrastrukturę naukową i przemysłową, niż odwrotnie. Dlatego Hitler musiał zaatakować pierwszy, licząc na skuteczność blitzkriegu.

Rosja miała jednak nie tylko swoje standardowe atuty: przestrzeń, klimat, zasoby naturalne, na śmierć i życie oddane masy ludzkie. Tym razem, po raz pierwszy, po stronie Imperium stanęło „gęste otoczenie społeczne” – Wielka Brytania, USA i inne kraje alianckie desperacko potrzebowały sojusznika na wschodzie. Strategiczne surowce, technologie, gotowy sprzęt, koncesje polityczne – wszystko to wzmocniło wysiłek wojenny milionów obywateli. Nie tylko scementowało i dało wspólną „historyczną tożsamość” na której dzisiaj odbudowuje się siła imperium, ale też dało poczucie własnej wartości. Wielka Wojna Ojczyźniana, do dzisiaj ważniejsza dla Rosjan, niż jakaś tam druga światowa, jest dla nich dowodem, że bez Rosji świat przepadłby w otchłani faszyzmu. Zwycięstwo nad „hitlerowską bestią” stało się kolejną kotwicą mentalną obywateli Imperium, dającą im wspólny powód do dumy – a zarazem oczekiwania wdzięczności od ocalonego przed zagładą świata.

Z Wielkiej Wojny Ojczyźnianej Rosja wyszła w pełni imperialnego narcyzmu, znów pewna swojej dziejowej misji i umocniona w przekonaniu, że skoro świat jej nie akceptuje, to jest to jego problem.

Nie należy też zapominać, że ugrała przy okazji potężne zdobycze terytorialne, polityczne, łupy wojenne materialne i nie tylko (niemieckie technologie i ich twórcy). W sumie, stalinowski Związek Radziecki był największym wygranym Drugiej Wojny Światowej.

Imperium zła

Internacjonalistyczna ideologia walki klas; rewolucyjna doktryna polityczna; sprawiedliwość społeczna; socjalizm realny; walka o pokój; antyimperializm; antykolonializm. Liczne – jak to się teraz mówi – buzzwords towarzyszyły kolejnemu półwieczu starć imperialnych na całym świecie. W tym okresie protagonistami były Rosja i USA – początkowo jedyne, potem wiodące mocarstwa atomowe. Jedynym rzeczywistym kryterium ich rywalizacji był poziom strachu przed atomową „śmiercią nagłą, a niespodziewaną”, jaką mogły zesłać na siebie wzajemnie, oraz (całkowicie przy okazji) na resztę ludzkości. Przez około 50 lat perspektywa nagłego wyparowania w (termo)nuklearnej eksplozji – lub powolnej, obrzydliwej śmierci od promieniowania i trucizn po wybuchu – rządziła zbiorową wyobraźnią ludzkości. Cała reszta: „zimna wojna”, „proxy wars”, „star wars”, cały rozwój kultury, gospodarki, technologii, psychologii, polityki – to wszystko, na całym świecie, stymulowane było ciągłym oczekiwaniem, kiedy ktoś, w symbolicznym Waszyngtonie lub symbolicznej Moskwie, naciśnie śmiercionośny czerwony guzik.

Oprócz niektórych religii, nie było w dziejach ludzkości tak potężnego i powszechnego „leitmotivu”; jednolitego punktu odniesienia dla tak wielu ludzkich umysłów, przez czas ponad trzech pokoleń.

Imperium – tym razem definiujące się poprzez zdolność obrócenia świata w radioaktywny popiół – wzmacniało przez te lata przekonanie, że „dobrze jest, jeśli nas kochają, ale jeszcze lepiej, jak się nas boją”. I przez większą część tego czasu udowadniało, że należy się go bać. Rosja ostatecznie zarzuciła oczekiwania, że reszta świata ją pokocha, zrozumie, uszanuje, czy zaakceptuje. Militarna siła, wspierająca brutalną (acz finezyjną) dyplomację, zaawansowaną inżynierię społeczną, rozbudowane tajne służby i bezwzględną kolonizację gospodarczą, stała się podstawą tożsamości i budowania relacji z resztą świata. „Ty zobacz, jak się nas boją” powiedział swemu koledze jeden z radzieckich naukowców-stażystów, podczas wizyty w USA, komentując gościnność, prezenty i inne oznaki życzliwości ze strony gospodarzy. I kto wie, mógł mieć rację.

Ale to nie ocaliło imperium przed przegraną. Zimna wojna zakończyła się bez wystrzelenia choćby jednej rakiety, ale zwycięzca był oczywisty – i tym razem nie była nim Rosja.

O pożytkach z przegrywania wojen

8 grudnia 1991 roku prezydent Rosji Borys Jelcyn podpisał porozumienie o likwidacji ZSRR. Rozpoczął się kolejny okres przejściowy w życiu Imperium, tym razem z jednej strony bardzo długi – ponad 22 lata – a z drugiej wyjątkowo mało krwawy.

Jak okręt, którego załoga odcina zwalone przez burzę (lub pociski) maszty i reje, Rosja musiała pozbyć się sporej ilości zasobów terytorialnych i niewielkiej części złudzeń, aby znów zacząć szukać swojej tożsamości. Utrzymywany od ponad 70 lat, na wewnętrzne i zewnętrzne potrzeby, wizerunek przodującego społecznie, internacjonalistycznego i rewolucyjnego, nowego narodu radzieckiego skończył się. Bacznemu obserwatorowi, którego nie zaślepiały czerwone sztandary i retoryka rewolucyjna, rzuciło się w oczy, jak błyskawicznie w umysłach obywateli przyjął się znów wizerunek imperialnej Rosji, Trzeciego Rzymu i jądra integracji eurazjatyckiej. Aspiracje do demokracji w stylu Zachodu były efemeryczne i nie do pogodzenia z mocarstwowością.

Natomiast potężnym nowym składnikiem rosyjskiej mieszanki stał się kapitalizm. Zamrożone i przez dekady odcięte od nowoczesności społeczeństwo odkryło postindustrialne uroki konsumpcji, bogacenia się i ostentacji. „Oni może wiedzą, jak zarabiać pieniądze, ale my wiemy, jak je wydawać!” chwalił się anonimowy Nowy Ruski, wydając kolejne przyjęcie, szokujące przepychem gości w Biarritz. Nastał czas akumulacji pierwotnej – i równie pierwotnej błazenady.

Ale za tym kolorowym blichtrem, za zwodniczymi efektami specjalnymi, Imperium zaczynało się scalać. Ludzie armii, dyplomacji, tajnych służb i biznesu – niezawodni budowniczowie każdego imperium – formułowali plany, nawiązywali sojusze, gromadzili zasoby. Rosyjscy patrioci, nieodmiennie wierzący w wyjątkowość Rosji i jej misję dziejową, zwierali szyki. Widzieliśmy ich w telewizji – starych i młodych, hałaśliwych, często brutalnych, czasem po prostu śmiesznych. Nie widzieliśmy tych, którzy pracowali w sztabach, instytutach naukowych, strukturach rządowych i partyjnych. Którzy odbudowywali stopniowo siłę Rosji, siłę imperium.

Ich szansą okazała się nie tylko naiwność reszty świata, który – pod batutą USA – wierzył, że Rosja zredukowała się sama do wymierającego post-mocarstwa, do kolejnego No Man’s Land, tylko trochę większego – gotowego przyjąć globalistycznych kolonizatorów. Ich szansą przede wszystkim okazał się totalny i niezaprzeczalny krach poprzedniego paradygmatu. Jak kometa, zmiatająca dinozaury i otwierająca drogę ssakom, całkowita porażka w zimnej wojnie otworzyła drogę tym, którzy chcą na gruzach komunizmu stworzyć nowoczesne Imperium Rosyjskie, rodem z 21. wieku.

To jest najważniejsza informacja, jaką powinni sobie przyswoić wszyscy, którzy za wschodnią granicą Unii Europejskiej szukają „czerwonego”. Nie ma już starego wroga. Jest odrodzona Rosja, przeczołgana zimną wojną, ale po 20 latach odbudowy gotowa na całkiem nowy etap.

Ta Rosja patrzy właśnie w naszą stronę.


Dziękuję mojej partnerce, Nataszy, za daleko idącą konsultację treści i formy tego rozdziału.
Dzięki niej udało się usunąc kilka poważnych niedoskonałości, które do niego wniosłem.

Advertisements
3 comments on “Lud nasz jest dziki, lecz genialny
  1. […] Lud nasz jest dziki, lecz genialny. Imperium Rosyjskie. […]

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s

%d bloggers like this: